Mariusz Sokołowski: w niektórych częściach kraju policji po prostu nie będzie.

Jeśli nic się nie zmieni, może więc okazać się, że za rok lub dwa, wiele miejsc w Polsce będzie “odsłoniętych”, to znaczy nie będzie tam pełniona służba policyjna.

Trzy lata temu zrzucił pan mundur. Jak wyglądają protesty policyjne z perspektywy cywila?

Miałem okazję oglądać tego rodzaju manifestacje co kilka lat na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza. Za każdym razem podstawą jest sytuacja, w której funkcjonariusze stają pod ścianą, bo nie ma dialogu pomiędzy nimi, a rządzącymi. Trzeba jednak przyznać, że w tym roku manifestacja jest bardzo duża, ale też sami przełożeni tym razem nie utrudniali udziału w niej. Mają świadomość, że za chwilę czeka ich duży problem. I to zarówno z ludźmi, których będą musieli posłać na ulicę, jak i z jakością sprzętu, w który trzeba tych ludzi wyposażyć. Jestem bardzo ciekaw, ile radiowozów rzeczywiście nadaje się dziś do jazdy. Chętnie też dowiedziałbym się ile nadgodzin wyrabianych jest w poszczególnych komendach. To zapewne dałoby nam odpowiedź, dlaczego protest wybuchł akurat teraz

Mówi pan o braku dialogu. Czy były jakikolwiek rządy otwarte na dialog z policją?

Na pewno takim okresem był czas, gdy MSWiA zarządzał Władysław Stasiak [minister w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, a później szef Kancelarii Prezydenta, zginął w Smoleńsku – red.], który prowadził program modernizacji polskiej policji. Jemu udało się wywalczyć większe pieniądze na policję i straż graniczną. To był wieloletni program, w ramach którego nie tylko pensje poszły w górę, ale również zakupiono radiowozy i rozpoczęto remonty wielu budynków. Później nowa władza kontynuowała ten program, zmieniając jedynie nazwę, ale pieniądze były już mniejsze. To był czas, kiedy radiowozy jeszcze jeździły, sprzęt policyjny był w miarę nowy, pieniądze na łatanie dziur się znajdowały, ale nie ma pieniędzy na inwestowanie w ludzi. W sytuacji, gdy mieliśmy rynek pracodawcy, a nie pracownika, jakoś dało się to ogarnąć, ale z czasem sprzęt się starzeje, inwestycji jest coraz mniej, łatanie dziur już nie wystarcza. I najważniejsze – dziś mamy rynek pracownika, więc w tych warunkach i za te pieniądze nie da się utrzymać ludzi.

Policja to stosunkowo łatwa rubryka w budżecie dla każdego rządu. Bo nie odmówi pracy.

I łatwa i trudna. Łatwa, bo rzeczywiście, nie grozi strajkiem. Trudna – bo dostrzegając potrzeby finansowe, trzeba brać pod uwagę skalę tej instytucji. To największy pracodawca w kraju, a więc każda złotówka przeznaczona na funkcjonariusza musi być mnożona przez 103 tys. (i 25 tys. etatów cywilnych) i 13 miesięcy. I nagle okazuje się, że jest to potężny problem. Dlatego każdy z ministrów finansów miał z tym olbrzymi problem. Z roku na rok ten problem odkładano i dziś policjanci mają poczucie, że znajdują się pod ścianą. A zadań mają coraz więcej. Rośnie frustracja, tym bardziej, że CBA może liczyć na wyższe wynagrodzenia, a przecież to są koledzy, z którymi policjanci dobrze się znają.

Dlaczego wojskowym i strażakom udało się wywalczyć więcej?

Wojsko ma określony (także zobowiązaniami wobec NATO) procent PKB. Kilka lat temu komendanci wnioskowali, żeby również wydatki na policję powiązać z PKB, ale nie przyniosło to rezultatu. Z kolei strażacy mogą często liczyć na dofinansowanie z samorządów. W przypadku policji takie możliwości teoretycznie istnieją, ale są minimalnie wykorzystywane. Jest to zrozumiałe, bo policjant nie powinien być uzależniony od władz samorządowych, żeby ograniczyć ryzyko korupcji. Jeśli nic się nie zmieni, może więc okazać się, że za rok lub dwa wiele miejsc w Polsce będzie “odsłoniętych”, to znaczy nie będzie tam pełniona służba policyjna. Jeśli obecnie liczba osób przychodzących do policji jest mniejsza niż odchodzących, to znaczy, że policjanci obarczeni się coraz większą liczbą obowiązków.

Jak długo można to wytrzymać?