Policjant nie musi jeść

Już dawno w policji nie było tak napiętej i złej atmosfery. Czy gliniarze się zbuntują? – pisze Andrzej Rozenek w tygodniku NIE.

W Warszawie policjanci z drogówki podjęli protest polegający na pouczaniu kierowców zamiast karania ich wysokimi mandatami. Skutek? Zamiast 400 mandatów dziennie wystawiają 20. Średni mandat w stolicy wynosi ok. 300 zł. Wniosek z tego, że 114 tys. zł dziennie pozostaje w kieszeniach warszawiaków i o tyle mniej dziennie wpływa do budżetu państwa.

Akcja policjantów to przejaw desperacji. Od dawna wielu z nich jest zawieszonych na wyższych etatach, ale otrzymuje wynagrodzenie z niższej, niż im się należy, grupy. Zgodnie z rozporządzeniem ministra spraw wewnętrznych do każdego etatu i stopnia policyjnego przypisana jest jedna z 18 grup zaszeregowania.
Powszechną praktyką w policji stało się powierzanie funkcjonariuszom obowiązków przypisanych do wyższego stanowiska bez podnoszenia grupy zaszeregowania.
Pierwsza – najniższa – grupa przysługuje kursantom zasadniczego kursu policyjnego. Po jego ukończeniu otrzymuje się drugą grupę, która praktycznie jest najniższą w policji.
W warszawskiej drogówce około 150 na 600 policjantów ma właśnie drugą grupę, a powinni mieć czwartą, a nawet piątą.
Postulat protestujących jest więc banalnie prosty: płaćcie nam tyle, ile sami ustaliliście, że się należy za pracę, którą wykonujemy. Jeszcze gorsza sytuacja z niewłaściwym zaszeregowaniem jest w Oddziałach Prewencji Policji (OPP).  Tam w drugiej grupie zaszeregowania pozostaje około 40 procent funkcjonariuszy, a większość już dawno powinna otrzymywać większe pieniądze. Policjanci z prewencji na razie nie protestują, nie mają tak spektakularnego jak drogówka pomysłu.
Do ogólnopolskiego protestu szykuje się NSZZ Policjantów. Związkowcom chodzi o 3 postulaty wynikające z obietnic złożonych przez PiS. Chcą po pierwsze – 100 proc. wynagrodzenia za L4, po drugie – unormowania sytuacji stażowej policjantów, którzy zostali przyjęci do służby po 1999 r. i mają gorsze warunki zatrudnienia od pozostałych, oraz po trzecie – żeby w policji wreszcie płacono za nadgodziny.
Minister Joachim Brudziński zobowiązał się do końca czerwca przedstawić projekty rozwiązań legislacyjnych odpowiadających tym trzem postulatom, ale na razie związkowcy nie zobaczyli nawet jednej kartki z tych propozycji. W związku z tym szykują się do protestu, gdyby minister zapomniał, do czego się zobowiązał.

•••

Jak podał niedawno „Dziennik Zachodni”, w policji jest 5260 wakatów. Tyle wolnych miejsc nigdy nie było. To oznacza, że policjanci są przeciążeni pracą. Np. w sekcji wykroczeń Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Stołecznej Policji na jednego funkcjonariusza przypada 700 postępowań. Odgórne zalecenie wymaga, żeby w każdej sprawie co najmniej raz na 2 tygodnie wykonać jakąś czynność, inaczej przełożeni dopatrują się przewlekłości postępowania i mogą policjanta za to ukarać. Związkowcy zsumowali liczbę godzin pracy w miesiącu i podzielili przez liczbę postępowań; wyszło im, że na jedno postępowanie funkcjonariusz ma ok. 6 minut. Jeśli nie je drugiego śniadania, nie wychodzi na papierosa, o toalecie nie wspominając.– 6 minut to ja odszukuję segregator z daną sprawą – śmieje się jeden z policjantów. – Nie mamy fizycznej możliwości podołania takim obowiązkom.

•••

Bardziej niepokojąca od wakatów jest tendencja wskazująca na ucieczkę ze służby. W I kwartale 2018 r. przyjęto do służby 623 policjantów, a z mundurem pożegnało się 1623 stróżów prawa. Szkoły policyjne robią, co mogą, żeby ściągnąć chętnych, jednak to, co policja ma do zaoferowania, jest coraz mniej atrakcyjne. W policyjnej szkole w Szczytnie zdarza się, że po pół roku kursu podstawowego jedna czwarta kursantów po prostu rezygnuje. Do niektórych dociera to, jak marny los czeka ich w policji; są też tacy, którzy zapisując się na kurs, już planowali odejście. Przez pół roku, mając za darmo wikt i opierunek, można odłożyć z żołdu niewielką kwotę. Kasy wystarcza akurat na wyjazd do Londynu i kilka tygodni życia tam do czasu znalezienia pracy. Takich kursantów nazywa się „londyńczykami”. nigdy nie chcieli iść do policji, pół roku szkoły traktują jak szansę wyrwania się z biedy, wstęp do przygody na Wyspach.

•••

Frustrację policjantów budzą też polityczne kariery, jakie robią wybrańcy rządzących w mundurach. Awans za pisowskie poglądy i włażenie w tyłek kapelanowi to norma. Znane są przypadki, kiedy naczelnik w ciągu 10 lat dzięki politycznym koneksjom awansował z podkomisarza na młodszego inspektora (podpułkownika). Czasem skutki są zabawne. Np. nowo mianowany szef logistyki w jednej z ważnych komend postanowił ograniczyć zużycie wody poprzez likwidację kwiatów doniczkowych. Jednego dnia z korytarzy zniknęły wszystkie zielone ochlaptusy, za darmochę żłopiące policyjną wodę.  Czasem skutki są tragiczne. W Piotrkowie Trybunalskim w komendzie zastrzelił się policjant. Zostawił list, z którego wynika, iż był ofiarą mobbingu jednego z przełożonych, którego awans kojarzony jest z dobrą zmianą.

•••

Lekarstwem na złą sytuację w policji jest oczywiście przeznaczenie większych pieniędzy z budżetu. Tego oczekują mundurowi, szczególnie gdy słyszą, jak wspaniale ten rząd gospodaruje i jak dużo jest pieniędzy do rozdania. Wciąż wraca nieśmiertelny temat reorganizacji, która powinna zacząć się od drastycznego odchudzenia Komedy Głównej Policji. Jej rolę powinno się sprowadzić do dowódczo-sztabowej, co oznaczałoby ograniczenie do ok. 200-300 etatów. Tymczasem dzisiaj w jednym tylko Biurze Łączności i Informatyki KGP pracuje blisko 400 osób. Różnych biur w KGP jest 15, a do tego są jeszcze inne niesamowicie ważne struktury.
Czy PiS spełni oczekiwania policjantów? Jest to tym bardziej prawdopodobne, im niższe będą notowania rządzącej partii. Słabnąca władza autorytarna w resortach siłowych upatruje swojej szansy.
Policjanci powinni zatem przykręcać władzy śrubę tym bardziej, im bardziej PiS będzie traciło poparcie suwerena. Co wyjdzie z korzyścią dla formacji i dla bezpieczeństwa każdego z nas.

ANDRZEJ ROZENEK